Brzydka, uboga siostra, czyli parę słów o Inicjatywie Lokalnej na Bemowie

Zagłosowaliście już na projekty z tegorocznej edycji budżetu partycypacyjnego? Nawet jeśli tego jeszcze nie zrobiliście, to z pewnością większości z was nie trzeba tłumaczyć, czym jest BP. Ale czy wiecie, czym jest Inicjatywa Lokalna? Prawdopodobnie nie wiecie.

To mechanizm miejski, który powstał zaledwie rok później niż budżet partycypacyjny i miał go uzupełniać. Niestety, świadomość istnienia tego narzędzia jest wciąż niewielka. Inicjatywa Lokalna jest w stosunku do budżetu partycypacyjnego jak uboga młodsza siostra, która niby jest, ale traktuje się ją dość protekcjonalnie. Urząd miasta na swojej stronie definiuje ją tak: „Forma współpracy jednostek samorządu terytorialnego z ich mieszkańcami, w celu wspólnego realizowania zadania publicznego na rzecz społeczności lokalnej.” I zachęca: „Dlatego jeżeli wraz z innymi mieszkańcami macie pomysł na konkretne, ważne dla Was i Waszej społeczności przedsięwzięcie, to możecie złożyć wniosek do Urzędu, aby wspólnie ten pomysł zrealizować.” Czyli: mieszkańcy wiedzą, co jest istotne i mają pomysł na działanie (uporządkowanie podwórka, założenie chóru, wydawanie osiedlowej gazety), a miasto ocenia jego zasadność i funduje to, co jest potrzebne, aby plan się powiódł – kupuje sprzęt, narzędzia, licencje itd. Natomiast mieszkańcy angażują się nie tylko w zgłoszenie pomysłu, ale także w jego późniejszą realizację.

Tyle teoria. Praktyka, jak to często bywa, wygląda kompletnie inaczej – przynajmniej na Bemowie. Dotychczas w naszej dzielnicy zrealizowane zostało tylko jedno działanie w tej formule. Jak to wygląda gdzie indziej? W całej Warszawie pod koniec ubiegłego roku takich zrealizowanych projektów było już ponad 100 – przykłady możecie przejrzeć na tej stronie, a i tak nie jest to pełna lista.

Na czym polega więc problem Bemowa? Czy winni tej sytuacji są lokalni społecznicy, a może mieszkańcy Bemowa są z natury mało aktywni? Spróbujmy się przyjrzeć tej sytuacji. Znamy narzędzie stosunkowo dobrze, ponieważ to właśnie dwie przedstawicielki Bemowiaków – Ania Górecka Jakimcio i Paulina Fabrowska – brały udział w realizacji pierwszej bemowskiej Inicjatywy Lokalnej, którą był kiedyś Ogród Społecznościowy Fort Bema. Z kolei Magda Niedźwiecka dwa lata temu składała wniosek o realizację Inicjatywy – bez powodzenia. Słyszałyśmy też o kilku innych pomysłach lokalnych społeczników, którzy przymierzali się do skorzystania z tej formy wsparcia, ale ostatecznie zrezygnowali. Wprawdzie odkąd w dzielnicy działają Dwa Jelonki, miejsce to jest swego rodzaju „inkubatorem” IL – od bardzo niedawna spotyka się tu Chór Mam, realizowany właśnie w tej formule. W porównaniu z innymi dzielnicami to jednak wciąż niewiele. Co poszło nie tak?

Zgłoszenie pomysłu

Procedura wydaje się prosta. Wypełniamy stosunkowo nieskomplikowany formularz, w którym opisujemy nasz pomysł. Najtrudniejszą częścią może okazać się rozpisanie budżetu przedsięwzięcia, ale przecież (w teorii) możemy liczyć na pomoc urzędników. Zbieramy podpisy osób, które popierają nasz pomysł (najlepiej ponad 30 podpisów – dostaniemy za to punkty). W ciągu miesiąca urzędnicy powinni rozpatrzyć i ocenić złożony wniosek.

A w praktyce? Ocena wniosku dla Ogrodu Społecznościowego trwała pół roku. Nie obyło się bez uzgodnień m.in. z konserwatorem zabytków, pod którego opieką znajduje się teren Fortu Bema (co zrozumiałe), ale też wyjaśnień składanych przez autorów wniosku osobiście w urzędzie. W tym konkretnym przypadku sytuację ratowało zaangażowane fundacji, która składała wniosek wspólnie z mieszkańcami. Dzięki cierpliwości i determinacji przedstawicieli Fundacji Łąka udało się proces sfinalizować. Reszta ogrodników to zwykli mieszkańcy, którzy pracują zawodowo i raczej nie mogliby sobie pozwolić na udział w tak rozbudowanych konsultacjach – zwyczajnie nie mieliby czasu na kolejne wizyty w urzędzie. Teraz – dzięki pośrednictwu Dwóch Jelonków – jest łatwiej, ale jeszcze rok czy dwa lata temu, jeśli chciało się realizować swój pomysł w formule Inicjatywy lokalnej, najlepiej byłoby być emerytką lub emerytem, mieć dużo czasu w tzw. godzinach biznesowych lub mieć po prostu bardzo wyrozumiałego szefa, który pozwala na wyjścia w godzinach pracy.

Długi czas oceny poskutkował przesunięciem harmonogramu całego przedsięwzięcia – ogród miał wystartować wiosną 2015 roku, jednak zielone światło otrzymał dopiero w sierpniu, więc większość prac musiała zostać przeniesiona na kolejny rok. W takiej sytuacji łatwo było wytracić początkowy entuzjazm i zaangażowanie. Nic dziwnego, że do realizacji projektu mieszkańcy przystąpili już w nieco innym, okrojonym składzie (na szczęście w kolejnym sezonie do grupy dołączyli nowi chętni).

Z jednej strony należy docenić fakt, że składając wniosek o realizację Inicjatywy Lokalnej mieszkaniec nie musi się bać, że popełni jakiś błąd – proces uzgodnień i konsultacji pomiędzy urzędem a pomysłodawcą zakłada, że we wniosku można dokonywać wielokrotnych zmian i poprawek. Z drugiej strony to właśnie ten etap, przeciągający się w nieskończoność i skutkujący znacznymi zmianami w oryginalnej koncepcji, może być gwoździem do trumny pomysłu. Tak właśnie było w przypadku pomysłu Magdy – planowała ona ustawienie instalacji artystycznej, którą mieszkańcy mogliby współtworzyć. Urzędników poprosiła o udostępnienie dobrze skomunikowanego i oświetlonego miejsca (co obejmowało m.in. pośrednictwo w uzyskaniu wszystkich niezbędnych zgód ze strony biur miejskich i wsparcie przy załatwianiu procedur na linii miasto – dzielnica). Wkrótce okazało się, że miejsce, które wydawało się być idealne, odpada – głównie ze względu na konieczność pokrycia niebagatelnego kosztu udostępnienia pasa drogowego ZDM. Inny upatrzony kawałek terenu okazał się z kolei gruntem, do którego zgłoszono roszczenia własnościowe – nawet ustawienie tymczasowej konstrukcji, możliwej do łatwego zdemontowania po kilku miesiącach, nie wchodziło w grę. Ostatecznie podjęto decyzję o umieszczeniu instalacji na terenie Alei Sportów Miejskich, w wyniku czego… wniosek o Inicjatywę autorka musiała złożyć jeszcze raz, ponownie zebrać podpisy wolontariuszy, ponownie przeliczyć kosztorys. Zmęczona przeciągającymi się procedurami zrobiła to dokładnie tak, jak zasugerowali urzędnicy. I kiedy już, już wydawało się, że projekt znajduje się na ostatniej prostej, nadeszło pismo z odpowiedzią odmowną (Magda opowiadała o tym na jednym ze spotkań konsultacyjnych miejskiej strategii Warszawa2030 – nagranie dostępne jest tutaj, od 2:53:07). Urzędnicy z bemowskiego ratusza „ocenili negatywnie celowość projektu”, podkreślając jednocześnie, że doceniają „innowacyjność i korzyści” z niego płynące. Nic, tylko składać wniosek po raz trzeci!

Realizacja inicjatywy

Po uzgodnieniu ostatecznego kształtu projektu i zatwierdzeniu wniosku o realizację inicjatywy lokalnej podpisywana jest umowa pomiędzy urzędem a inicjatorami. Do tego etapu dotarł Ogród Społecznościowy na Forcie Bema, a także – dosłownie kilka tygodni temu – Chór Mam.

Teoretycznie w momencie podpisania umowy mieszkańcy i dzielnicowi urzędnicy stają się partnerami realizującymi wspólne działania, współpracującymi, grającymi do jednej bramki. W praktyce, harmonogram i inne szczegółowe zapisy umowy obowiązują przede wszystkim społeczników. To mieszkańcy będą rozliczani z tego, co znajduje się we wniosku. Chcieli działać, niech mają za swoje! Jeśli coś im się uda, z pewnością nikt im nie podziękuje, ale jeśli coś się nie uda, zostanie to skwapliwie wypomniane. Jeśli np. ogrodowy piknik zaplanowano na maj, a np. z powodu pogody przełożono go na czerwiec, otrzymają reprymendę. Jeśli założą, że na wydarzenie przyjdzie 100 osób, a finalnie dotrze na nie 80, odbiorą nieprzyjemny telefon. Inicjatywa Lokalna okazuje się więc instrumentem zupełnie nieelastycznym (a może tylko trafia w nieelastyczne ręce?). To, co raz zostało wpisane w dokumenty, musi zostać zrealizowane co do joty, przynajmniej jeśli chodzi o zadania społeczników. Zapomnieliście zamieścić na plakacie odpowiednie logotypy? Błąd rangi najwyższej. Nie spodziewajcie się uprzejmego telefonu z urzędu dzielnicy z prośbą o poprawienie grafiki. Ani nawet mniej uprzejmego maila. Otrzymacie pismo podpisane przez samego wiceburmistrza, w którym obsztorcuje was on z góry do dołu za “zaniechania”, “zaniedbania” i ogólnie niespełnianie pokładanych w was nadziei.

Jednocześnie ewentualne opóźnienia w realizacji zadań leżących po stronie urzędników należy przyjmować z dużą wyrozumiałością. Bo przetargi, bo wykonawcy, bo czynniki zewnętrzne i niedasię. Ba, być może nawet pracownik urzędu będzie się starał was przekonać, by czegoś nie robić (pomimo już podpisanej umowy!). Być może niektóre zadania leżące po stronie urzędu nigdy nie zostaną wykonane.

Skoro już piszemy o urzędnikach, warto wspomnieć, że na Bemowie koordynator ds. inicjatywy lokalnej w ciągu ostatnich 3 lat zmieniał się kilkakrotnie. Nie szły za tym żadne zmiany jakościowe czy ilościowe. Ot, karuzela stanowisk: zanotowaliśmy 5 nazwisk kolejnych osób odpowiedzialnych za współpracę z aktywnymi mieszkańcami. Za każdym razem była to rola realizowana niejako na doczepkę, równolegle do innych obowiązków. Podobnie jak w przypadku budżetu partycypacyjnego – dzielnicowi urzędnicy wydają się do tej nowej roli nieprzygotowani, trudno jest im myśleć o mieszkańcach jak o partnerach, z którymi łączą ich wspólne cele. Ponieważ na Bemowie w pełni zrealizowana została tylko jedna Inicjatywa Lokalna, brak im też wciąż punktu odniesienia, standardu działania. Konia z rzędem temu, kto zna nazwisko obecnego koordynatora. O takim narzędziu jak IL nie przeczytacie w lokalnej gazecie.

Nie wylewajmy jednak dziecka z kąpielą – na poziomie miejskim Inicjatywa Lokalna jest traktowana poważnie. Koordynuje ją Centrum Komunikacji Społecznej, komórka z kompletnie inną kulturą organizacyjną. Idea angażowania się mieszkańców w działanie na rzecz swojej okolicy nie jest tu dla nikogo dziwactwem, a fajnym sposobem by wpływać na to, jak zmienia się miasto. Mieszkańcy nie są petentami, ale partnerami. I to właśnie pracownicy CKS byli tymi przedstawicielami miasta, którzy wspierali i pomagali w organizacji i promocji wydarzeń pierwszej bemowskiej IL, nawet jeśli byli poproszeni o taką pomoc w ostatniej chwili. To także pracownicy CKS wspierali i zachęcali do działania inicjatorów pikniku szkolnego przy jednej z bemowskich podstawówek (ci jednak ostatecznie nie zdecydowali się na złożenie wniosku o inicjatywę lokalną; dlaczego? o tym później). Niestety, w całym procesie CKS pełni jedynie rolę koordynacyjną, pomocniczą, a mieszkańcy realizujący projekt z Inicjatywy Lokalnej współpracować muszą przede wszystkim z urzędem dzielnicy. Jak już wspomnieliśmy, ta współpraca to często swoista próba sił, przeciąganie liny.

Rozliczenie projektu

Na końcu czeka nas przygotowanie sprawozdania z realizacji naszej inicjatywy. Nie jest to zadanie bardzo trudne, ale nieco czasochłonne. Musimy m.in. przygotować karty czasu pracy wskazujące kto, kiedy i ile godzin przepracował na rzecz projektu, podpisane przez mieszkańców -wolontariuszy. Jeśli działamy w niewielkiej grupie, zebranie takich dokumentów nie jest problemem. Jeśli jednak nasz projekt przewiduje udział kilkudziesięciu wolontariuszy, tak jak planowany przez społeczność jednej z bemowskich podstawówek otwarty piknik, wypełnianie takich tabel i zbieranie podpisów wszystkich uczestników może być znacznym obciążeniem. Impreza – finalnie zrealizowana poza formułą IL – miała być duża. – Sama szkoła miała wtedy około tysiąca dzieci. Częściowo nauczyciele, częściowo rodzice mieli być zaangażowani choćby przy konkurencjach sportowych. Rodzice prowadzili kawiarenkę, pewnie z trzydzieści osób obsady. Bo nikt nie mógł siedzieć w niej cały piknik, tylko zrobiliśmy zmiany. Kolejna rzecz — wydawanie nagród. Znów z dziesięć – piętnaście osób – wspomina jedna z inicjatorek pomysłu pikniku. W sytuacji, kiedy jedynym wkładem społeczności jest właśnie praca wolontariuszy, należy jak najlepiej udokumentować zaangażowanie wszystkich osób. I to właśnie wizja gromadzenia ogromnej ilości dokumentacji była jednym z głównych powodów, dla których inicjatorzy pikniku zrezygnowali ze wsparcia z Inicjatywy Lokalnej.

Na koniec czekać nas może jeszcze jedna niemiła niespodzianka – jeśli w ramach projektu miasto sfinansowało zakup jakichś sprzętów czy wyposażenia, musimy te przedmioty później zwrócić. Po roku działalności ogród społecznościowy musiał więc zwrócić miastu używane szpadle, grabie i inne narzędzia oraz baniak na wodę, który służył do podlewania roślin. Z jednej strony wydaje się to zrozumiałe – to, co zostało kupione za publiczne pieniądze, pozostaje własnością miasta. Z drugiej bardzo utrudnia społecznikom kontynuowanie projektu samodzielnie, już bez wsparcia. W takiej sytuacji trudno o utrzymanie trwałości przedsięwzięć rozpoczętych w formule IL, a chodzi przecież nie tylko o zrealizowanie pojedynczych wydarzeń, ale także budowanie społeczności, które będą potrafiły działać wspólnie przez dłuższy czas.

Wnioski

Dlaczego o tym wszystkim piszemy? Nie chodzi o to, by narzekać, ale by zwrócić uwagę na to, co nie działa. Wierzymy, że znaczna część problemów, które społecznicy napotykają na Bemowie, nie wynika z wadliwej konstrukcji samej formuły Inicjatywy Lokalnej (może poza kwestią trwałości), ale z niedociągnięć na poziomie “ludzkim”. Rotacje wśród urzędników, brak komunikacji pomiędzy poszczególnymi jednostkami miejskimi i dzielnicowymi, brak jednolitych standardów pracy z aktywnymi mieszkańcami (inaczej rozmawia się z nimi na Bemowie, a inaczej np. na Mokotowie; różnica w działaniu CKS i biur dzielnicowych), postrzeganie ich jako potencjalnej konkurencji politycznej lub uciążliwych petentów – to wszystko sprawia, że za działalność społeczną bierze się malutka garstka szaleńców, a prawdziwą siłę działania społeczne zyskują dopiero w obliczu zagrożenia.

Ponieważ jednak wiemy, że dzięki klubowi Dwa Jelonki pojawiają się kolejne pomysły na wspólne działania, trzymamy kciuki za następne inicjatywy. Obyście mieli – od wniosku aż po rozliczenie – więcej szczęścia!

Jeden komentarz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *