Sen o Bemowie

Miałam sen. Przejeżdżałam w nim autobusem 109 obok naszego ratusza późnym wieczorem. Zerknęłam na kilka smętnych stoisk, szumnie nazywanych świątecznym jarmarkiem. A zresztą, gdybyśmy nawet chcieli uruchuchomić prawdziwy jarmark świąteczny, to niby gdzie miałby on stanąć? Na parkingu za ratuszem? Uruchomiłam wyobraźnię i wyobraziłam sobie, jak wyglądałby świąteczny bazarek w Monachium albo w Wiedniu, gdyby miał stanąć na parkingu. Ta wizja prawie mnie obudziła.

Na szczęście we śnie autobus pojechał dalej. Ale sen nie stał się od tego weselszy. Dlaczego, dlaczego wszystko u nas na Bemowie musi być właśnie takie? Byle jakie, byle było. Pic na wodę, fotomontaż. Niby fajne, niby w porządku, ale w każdym szczególe obnażające bezsilność i brak wizji.

Niby fajny bazarek, na którym nikt nie kupuje. Niby kompetentni urzędnicy, którzy – jak kot Schroedingera – odpiszą na maila albo nie odpiszą. Inni urzędnicy, którzy z radością uczęstują cię solidną dawką autoreklamy pod płaszczykiem troski o dzielnicę i dziejące się w niej procesy. Newslettery z prywatnych adresów, których nie zamawiałeś/aś. Projekty, które miały być zrealizowane, ale nagle przestało się o nich mówić i już nikt nie wie, na jakim etapie stanęły. Inicjatywy lokalne, wspierane wyłącznie słowem (czasem pisanym na urzędowym papierze), rzadko czynem. Spotkania ze społecznikami, odwoływane pięć minut przed rozpoczęciem. Korespondencje, w których wszyscy udają, że wszystko jest w porządku. Gospodarskie wizyty naszych włodarzy (Edward Gierek wiecznie żywy!), z których powstają sążniste fotoreportaże, zamieszczane potem na dzielnicowym fanpejdżu (to chyba ma być promocja, ale nie wiem, dla kogo). Błędy ORTOGRAFICZNE na oficjalnych dzielnicowych plakatach (bo o takich subtelnościach jak odróżnianie liczby od ilości pewnie nie ma co wspominać).

Co z tego wszystkiego przebija? Zaangażowanie na poziomie minus pięć. Niedasizm. Bylejakizm. Jakośtobędzizm.

Czy tak już będzie zawsze? Proszę, niech mnie ktoś obudzi.

Dodaj komentarz