Bemowskie nie-miejsca

CH Bemowo

Urząd dzielnicy Bemowo ogłosił ostatnio, że przystępuje do prac nad stworzeniem bemowskich centrów lokalnych. Inicjatywa zacna, bo ma na celu takie zagospodarowanie ważnych i często uczęszczanych rejonów dzielnicy, by były one możliwie najbardziej przyjazne mieszkańcom. Centra lokalne mają w swojej idei skupiać w jednym miejscu zróżnicowane funkcje (na przykład handlowe, usługowe i kulturalne), dając możliwość wygodnego załatwienia różnych codziennych spraw, a jednocześnie oferując przestrzeń odpoczynku i spotkań mieszkańców, chociażby w postaci placu lub skwerku.

Są więc odwróceniem idei miasta rozproszonego, w którym – by załatwić codzienne zakupy i spędzić popołudnie ze znajomymi – musimy podróżować pomiędzy różnymi częściami miasta. Centra lokalne, znajdujące się w niewielkiej odległości od miejsca zamieszkania, powinny oferować możliwość spędzenia czasu różnym grupom wiekowym i społecznym, również na zasadach niekomercyjnych. Ich przestrzeń powinna być dobrze zaprojektowana, by sprzyjać spotkaniom. Klasycznym przykładem centrum lokalnego byłby więc rynek niewielkiego miasteczka – ze sklepami, zakładami usługowymi, być może także biblioteką, kawiarnią lub budką z lodami, a z pewnością z placem, na którym można przysiąść i odpocząć. I na którym organizowane są także wydarzenia kulturalne. To właśnie w takich miejscach skupia się życie społeczne okolicy.

Gdzie na Bemowie proponuje się stworzenie takich lokalnych centrów? Władze dzielnicy zdecydowały się na lokalizacje wytypowane wcześniej przez SARP – okolice Hali Człuchowskiej i Klubu Karuzela. Miejsca bardzo dobre – jedno położone przy dużym skrzyżowaniu, z rozwiniętymi funkcjami handlowo-usługowymi, gdzie codziennie przewijają się setki mieszkańców, ale nie bardzo jest gdzie zatrzymać się na dłużej. Drugie z kolei trochę na uboczu, ale za to z historią i potencjałem rozwijania oferty kulturalnej oraz terenem zielonym. Z pewnością każdy z tych punktów może zyskać na kompleksowym projekcie przeorganizowania przestrzeni. Najważniejsze jednak, że o tym, w jaki sposób miejsca te mogą zostać przekształcone, by stały się bardziej przyjazne mieszkańcom, mają współdecydować sami mieszkańcy. Spotkanie informacyjne w tej sprawie odbędzie się 16 maja o godz. 18.00 w bemowskim ratuszu. To wtedy dowiemy się, w jaki sposób będziemy mogli się zaangażować w opracowanie pomysłu na metamorfozę tych miejsc.

Tyle Jelonki. Co jednak z innymi rejonami dzielnicy, które nie miały tyle szczęścia i nie zostały wytypowane do akcji tworzenia centrów lokalnych? Bemowo pełne jest nie-miejsc: skrzyżowań, placów, punktów handlowych, przez które jedynie szybko przemykamy, bo nie zachęcają do zatrzymania się na dłużej, odpychając wątpliwą estetyką i brakiem funkcjonalności. Miejsc, którym nie wyszło. Miejsc, które może i miałyby szansę stać się naszymi lokalnymi ryneczkami, gdyby tylko pomyśleć, jak je lepiej zaplanować.

 

Nie-miejsce nr 1: Centrum Handlowe Bemowo

Bemowskie Detroit. Centrum handlowe, otwarte z pompą w połowie lat 90.,dziś świeci pustkami. Mamy tu punkty sprzedaży okien, mebli na wymiar czy części samochodowych, biuro podróży, serwis telefonów, kilka knajpek, ale poza tym wydaje się, że wiele lokali stoi pustych. Centrum Handlowe Bemowo to coś pomiędzy zadaszonym bazarkiem a współczesną galerią handlową, z wykorzystaniem dużych ilości blachy, klinkieru i pleksi. Architektura, która lata temu mogła sprawiać wrażenie nowoczesnej, dziś może wzbudzać uśmiech politowania. Należy jednak docenić, że jest to teren otwarty, nieogrodzony, umożliwiający swobodne korzystanie z przestrzeni o każdej porze. Gdzieniegdzie przewidziano też kwietniki i miejsca odpoczynku.

W pasażach – zamiast klientów – na dłużej zatrzymują się jednak tylko nieczynne budki oferujące słodkie wypieki. Na zapleczu można trafić nawet na składowisko gigantycznych gofrów i lodów, które kiedyś zapewne reklamowały stoiska z tymi specjałami. Aż dziwne, że w takim opuszczonym miejscu nie ma jakichś bardziej widocznych śladów wandalizmu. Po sąsiedzku z centrum handlowym działał kiedyś pierwszy komercyjny plac zabaw, właściciel zwinął jednak interes ze względu na niewielkie zainteresowanie. Śladem po tej działalności jest jedynie latarnia stojąca samotnie na placu wysypanym piaskiem.

Według doniesień prasowych sprzed kilku lat właściciel nosi się co prawda z zamiarem przebudowy obiektu, ale ta po pierwsze miałaby być uzależniona od ostatecznych rozstrzygnięć dotyczących planów budowy S7 (które wciąż jeszcze przed nami), a po drugie zakłada po prostu stworzenie typowego centrum handlowego. Sąsiedztwo niespecjalnie obleganej galerii Carrefour nie wróży dobrze temu pomysłowi. Być może dałoby się w inny w sposób zagospodarować to miejsce? Paradoksalnie, zwłoka inwestora spowodowana oczekiwaniem na decyzje związane z S7 może być dla tego miejsca błogosławieństwem. Ma jeszcze trochę czasu by zweryfikować pomysł, miejmy nadzieję z korzyścią nie tylko dla siebie, ale też mieszkańców, którzy będą z tej przestrzeni korzystać.

This slideshow requires JavaScript.

 

Nie-miejsce nr 2: „czerwone dachy” przy Morcinka

Architektura tego miejsca mówi wyraźnie – jesteśmy na rynku małego miasteczka. W środku blokowiska stworzono placyk otoczony dwupoziomowymi pawilonami. Spadziste czerwone dachy, podcienia, a nawet coś w rodzaju wieżyczki – może i kicz, za to architekt z pewnością zadbał o zachowanie ludzkiej skali całego kompleksu. Są nawet małe zieleńce. Oferta różnorodna: restauracja, bar sushi, cukiernia, sklep spożywczy, fryzjer, apteka, poczta i wiele innych punktów. Co z tego jednak, skoro sam rynek to po prostu parking. Samotne drzewo w centrum placu, ciasno zastawione samochodami, dopełnia jedynie obrazu beznadziei. Niby jesteście na miejskim rynku, ale nie szukajcie tu odpoczynku w ogródku cukierni ani atrakcji w postaci występu teatru ulicznego czy koncertu. Nie ma tu na to miejsca. Tu rządzą kostka brukowa i auta. Nikt raczej nie przyjdzie tu ot, tak po prostu, by spędzić trochę czasu, bo zwyczajnie nie ma po co. Projekt, który w swoim zamierzeniu miał zapewne tworzyć przestrzeń dla spotkań i interakcji okolicznych mieszkańców, stał się w praktyce karykaturą i jednocześnie miniaturową ilustracją współczesnych problemów z przestrzenią publiczną. 43 osoby (tyle samochodów naliczyłam we wtorkowe popołudnie) zajmują ok. 1000m2. Tablica na wjeździe informuje, że to teren prywatny, a parkować mogą jedynie właściciele. Najwyraźniej nie są oni specjalnie zainteresowani tym, by po placu przechadzali się swobodnie klienci.

This slideshow requires JavaScript.

 

Nie-miejsce nr 3: Skrzyżowanie Wrocławskiej i Powstańców Śląskich

Ważny punkt w tej części Bemowa – mamy tu kilka przystanków autobusowych i tramwajowych, skatepark, McDonald’s, bazarek, nieco dalej w głąb osiedla pasaż handlowy z biblioteką, a ostatnio nawet filię Bemowskiego Centrum Kultury z Aeromodelklubem. Im bliżej jednak samego skrzyżowania, tym bardziej hula wiatr.

W narożniku ze skateparkiem widać, że podejmowane były próby urządzenia tu czegoś w rodzaju miejskiego skweru – postawiono dwie ławki, donice z drzewami, betonowe „pinezki” pilnujące, by nie parkowały tu auta. Jednak mało kto chce się tutaj zatrzymać. Praktycznie jedynym miejscem, gdzie toczy się życie, są stoiska kwiaciarzy. Jednak te same stoiska działają na niekorzyść placyku – są bowiem odwrócone do niego tyłem, a samochody dostawcze, stanowiące jednocześnie magazyny sprzedawców, anektują znaczną część przestrzeni. I to najprawdopodobniej nielegalnie, bo „pinezki” w tajemniczy sposób zostały przeniesione w inną część placu. Nawet w sezonie, gdy stoiska z kwiatami nie działają, dostawczaki pilnują miejsca, tym samym zabierając niemal połowę placu.

Pewną szansą na ożywienie tego skweru był projekt Czytelnia wśród kwiatów wybrany do realizacji w ramach budżetu partycypacyjnego. Zakładał on, że stoiska kwiatowe, jako główny element nadający charakter temu miejscu, zostaną przestawione frontem do skwerku a bokiem do ulicy Wrocławskiej. Samochody miały zostać przeniesione tam, gdzie ich miejsce, czyli na pobliski parking, a odzyskana w ten sposób przestrzeń wyposażona w dodatkową zieleń i niewielką plenerową bibliotekę. O realizacji pomysłu jednak głucho – pomimo, że projekt miał być ukończony w 2016 roku.

This slideshow requires JavaScript.


Cechy wspólne wszystkich opisywanych miejsc? Zaprzepaszczony potencjał, nuda, brak ludzi i samochody w niewłaściwych, miejscach. W wyniku kombinacji słabego planowania, braku konsekwencji w urządzaniu przestrzeni oraz deficytu odpowiedzialności po stronie samych użytkowników (auta nie postawiły się w tych miejscach same) mamy przestrzeń substandardową, bez pomysłu, po prostu brzydką i nieprzyjemną. A przecież od dłuższego czasu jeździmy dość swobodnie po świecie, a z podróży przywozimy fotografie tętniących życiem pasaży i skwerów, nie parkingów. Wspominamy spacery po deptaku i zakupy na rynku pełnym kramów lokalnych handlarzy. Czy nie fajniej byłoby móc doświadczać tego na co dzień, nie tylko w wakacje? Czy dorośliśmy do zmian w naszym najbliższym otoczeniu?

Jeden komentarz

Dodaj komentarz